16 lutego 2015

O deszczu, planach i braku umiaru. W Brazylii.

Deszcz pokrzyżował nam kilka planów. Tak to bywa w podróży i nie ma na to rady. Otrzepanie się z europejskiego uporządkowania, z życia według planu zapisanego w kalendarzu i dostosowanie się do podróżniczego trybu życia zabiera zawsze trochę czasu. Autobus, który ma być o 11.30 przyjeżdża, jak gdyby nigdy nic, godzinę pózniej (a może przemknął wcześniej, tego nie sposób sprawdzić, nie ma też po co sprawdzać, nic to nie zmieni, trzeba spokojnie czekać). Droga, która miała zabrać czternaście godzin wydłuża się o kolejne trzy. Miejski market świeci pustkami godzinę przed planowanym zamknięciem i nikt się temu nie dziwi, to, że jestem diabelnie głodna i szlag mnie trafia, bo cały plan dnia wziął w łeb, to tylko mój problem. Rozwiazanie jest tylko jedno. Na bułkę z mortadelą trzeba przyjść kolejnego dnia, wcześniej. Warto.

W Rio ostatecznie spędziliśmy trzy dni, opuszczając je z odrobiną niedosytu. Wahaliśmy się, czy nie przedłużyć pobytu ale pogoda była kapryśna, a droga przed nami długa.

Pierwszego dnia przeszliśmy spory kawał Rio wzdłuż najsłynniejszch plaż: Leblonu i Ibpanemy. Zahaczyliśmy tez o jezioro położone miedzy wybrzeżem, a góra Corcovado, z słynnym Chrystusem na szczycie, by zakończyć dzień na Copacabanie. 


Po dwóch dniach martwienia się, że Chrystus uparcie tkwi z głową w chmurach, porzuciliśmy złudne nadzieje na ich rozwianie i trochę to polubiliśmy, ot taki jego urok. Natomiast Chrustus, niewzruszony omiatającymi go chmurami, roztaczał ramiona nad kłębiącym się u jego stóp tłumem ludzi. W końcu, mimo niesprzyjającej pogody postanowiliśmy dołączyć do tłumu i z napięciem wyczekiwaliśmy krótkich chwil, kiedy posąg wyłaniał się z mroków. Każdej takiej chwili towarzyszył jęk zjednoczonego w wyczekiwaniu tłumu. Wszystko to robiło to dosyć zabawne wrażenie. Ostatecznie między chmurami udało nam się dojrzeć kawałek Rio, niedosyt jednak pozostał.




Po odhaczeniu Chrystusa plątalismy się po opustoszałym w weekend centrum Rio, zatrzymując się przy ulicznych imprezach, które w czasie karnawału odbywały się bądź gdzie. W metrze od rana można było spotkać paradujących przebierańców, których niczym nie ograniczona wyobraźnia zrobiła na mnie duże wrażenie. Ludzie w każdym wieku, niezależnie od płci czy tuszy kręcili pupami w rytm samby, machając frędzlami, falbanami i biustami, śmiejąc się do przechodniów umalowanymi buziami. Mi najbardziej utkwił w pamięci chłopak w pampersie spiętym na biodrach olbrzymią, różową, plastikową agrafką.


Drogę z plaży Flamengo do centrum pokonaliśmy piechotą, poznając trochę miasto. Przeszliśmy schodami Selaróna, które są wykafelkowaną, stromą uliczką łączącą dzielnice Lapa i Santa Teresa.  Wśród kafelków, których Selarón użył do swego dzieła, można znaleźć najróżniejsze obrazki, włączając Dziewczynę z perłą Vermeera. Ze szczytu schodów przeszliśmy do centrum dosyć zapomnianą ulicą, całą w graffiti, przedstawiającym między innymi Mona Lisę trzymająca w ręku... piłkę do piłki nożnej, oczywiście. Na końcu uliczki zasiedliśmy w miejscowej spelunie i nie nękani przez nikogo wypiliśmy zimne piwo. Dodam, że naczytawszy się tekstów "ku przestrodze", w spelunie czułam się trochę nieswojo, ale koniec końców w Rio przeszliśmy trochę dogi piechotą, często po zmroku i nie zawsze w turystycznych dzielnicach i nikt nas w tym czasie nie zaczepił w niecnych zamiarach*. 

*Więcej o bezpieczeństwie w Rio poczytacie u Uli z Adamant Wanderer (klik).





Jako, że spod Chrystusa ledwo można było dojrzeć resztę miasta, kolejnego dnia postanowiliśmy wjechać kolejką na górę zwaną Głową Cukru (Pão de Açúcar).  Bez dwóch zdań było warto, bo miasto wyglada z góry przepięknie. Oczywiście cały czas żałowaliśmy, że Chrystus nie pomachał nam z przeciwka ale nie było na to rady, Corcovado pokrywały gęste chmurzyska, co wydawało się niemal nierealne, kiedy patrzyło się jak słońce zalewa położone u jej stóp dzielnice miasta.





Po zjechaniu w chwiejącym się wagoniku 396 m w dół poszliśmy poplażować godzinkę na niewielkiej plaży położonej zaraz obok głównej stacji kolejki. Wygłodniali słońca oddaliśmy się kąpieli morskiej oraz słonecznej. Podczas tej drugiej, z głupoty i braku umiaru dobrowolnie spiekłam sobie nogi, tak, że nawet tydzień pózniej musiałam smarować je pięćdziesiątką. Udało mi się to zrobić mimo marokańskich doświadczeń, kiedy to w As-Savirze mogąc w końcu odkryć nogi w muzułmańskim kraju, zachłannie wyciągałam je ku słońcu, przezornie nie używając filtra, a potem przez dobre dwa tygodnie leczyłam swe kończyny ze słonecznego oparzenia.

Na deser spontanicznie pojechaliśmy na Maracanę i usłyszawszy w metrze przestrogę od miłej Pani, by strzec z poczwórną uwagą swego dobytku, to jest plecaka, z entuzjazmem wzięliśmy udział w tym niezwykłym doświadczeniu. 
Do pełnej kolekcji wrażeń z Rio zabrakło nam jedynie pomieszkania w faveli ale jedyny hostel, który brałam pod uwagę w tym celu, był już niestety zarezerwowany.

1 lutego 2015

Marchewkowe smarowidło z harissą i jogurtem

Kiedy w październiku przytaszczyłam do domu "Plenty More" byłam pełna radości i entuzjazmu. Wydawało mi się, że będę je jeść od rana do wieczora, tak jak to było gdy z wypiekami na twarzy studiowałam "Jerusalem" czy starszą siostrę "Plenty More" zwaną po prostu "Plenty". Gdzież bym wówczas pomyślała, że MasterChefowe obowiązki będą tak czasochłonne... Mój hurra optymizm jak zwykle szybko przekształcił się w poczucie winy, a ilość kolorowych karteczek, którymi zaznaczam przepisy, które MUSZĘ wypróbować, zaczęła rosnąc w zastraszającym tempie. Powoli odkopuję się z swoich własnych kulinarnych zobowiązań wobec siebie, a co za tym idzie regularnie sięgam do ostatniego dzieła mistrza Yotama. 


Marchewki zimą jem tak często jak buraki. Karmelizuję je na patelni (tak jak TU) albo piekę w piekarniku z miodem i ziarnami kopru włoskiego. Łączę z kuminem, czarnymi oliwkami, fenkułem albo kminkiem, toteż przepis na marchewkowe smarowidło z harissą, był jednym z pierwszych, który  w "Plenty More" okleiłam kolorową karteczką. W swojej wersji nie gotowałam marchewek, tylko je piekłam, a potem zamiast delikatnie pokruszyć warzywa do konsystencji ziarenek ryżu, zmiksowałam je na gładką pastę, bo był to jeden z pierwszych eksperymentów z nowym robotem kuchennym i zanim się zorientowałam marchewki zostały zmiksowane na krem. Mi osobiście taka struktura bardzo odpowiada, ale jeśli wolicie, w swojej wersji zostawcie większe kawałki.


Pasta z pieczonej marchewki z harissą i pistacjami
wg Yotama Ottolenghi z "Plenty More"

4 marchewki obrane i pokrojone w plastry
1 łyżka oliwy z oliwek do pieczenia 

2 łyżki oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia do podania
2 łyżki domowej harissy
skórka z 1 cytryny
sok z 1/2 cytryny
150 g greckiego jogurtu
garść łuskanych pistacji
sól
świeżo mielony czarny pieprz

Marchewki posól i popieprz, wymieszaj z łyżką oliwy i wstaw na 20-25 minut do piekarnika rozgrzanego do 170ºC. Wystudź a następnie zmiksuj z harissą, sokiem i skórką z cytryny. Przed podaniem wkręć w pastę grecki jogurt, tak by częściowo wymieszał się z pastą i posyp całość posiekanymi pistacjami i skrop oliwą. Podawaj jak hummus z pitą, dobrze smakuje także na kromce pumpernikla.

Domowa harissa

1 papryka czerwona
2 szalotki
3 ząbki czosnku
3 papryczki chili (wypestkowane)
1 łyżka koncentratu pomidorowego
1/2 łyżeczki ziaren kuminu
1/2 łyżeczki ziaren kolendry
1/2 łyżeczki ziaren kminku
2 łyżki oleju
1 łyżka soku z cytryny
sól

Paprykę upiecz w piekarniku rozgrzanym do 200ºC. Piecz aż skórka stanie się czarna. Upieczona paprykę przełóż do foliowej torebki, a kiedy ostygnie obierz skórkę i wyczyść środek z błon i nasionek.
Na oliwie zeszklij posiekane: szalotkę, czosnek i chili. Przyprawy upraż na suchej patelni i utrzyj je w moździerzu. Wsyp je do podsmażonych warzyw i podgrzewaj razem aż zaczną pachnieć. Dodaj przecier pomidorowy i podgrzewaj jeszcze chwilę. Przełóż podsmażone warzywa i przyprawy do blendera i zmiksuj razem z upieczona papryką i sokiem z cytryny. Gotową harissę przełóż do słoika i zalej olejem tak by przykrywał pastę. w ten sposób możesz przechowywać ją w lodówce nawet miesiąc.

27 stycznia 2015

Bliskie spotkania trzeciego stopnia. W oparach azotu.

Chyba każdy ma swoje kulinarne uprzedzenia. Nawet ja. Pierwszym jakie pamiętam była grochówka, na której spróbowanie moja mama nie mogła mnie namówić ani prośbą ani groźbą. Historia skończyła się tak, że uparcie odmawiając innym spróbowania grochówki, w końcu, po kryjomu, spróbowałam jej sama i od tego momentu stała się jedną z moich ulubionych zup. Na powyższym przykładzie przekonałam się, że moje nieliczne, kulinarne uprzedzenia są niejednokrotnie całkiem bezpodstawne. Mimo to czasem zdarza mi się do czegoś zniechęcić, zanim zdążę tego spróbować, jak choćby do połączenia śledzia z mieloną kawą... 

Podobnie rzecz się miała z kuchnią molekularną. Na samą myśl o spaghetti w formie żelek o smaku kiszonych ogórków wywracałam oczami i zapierałam się nade wszystko, że nie chcę mieć do czynienia z żadnymi alginianami, ciekłym azotem czy też suchym lodem. Jako, że głęboko zakorzeniona niechęć prowadzi mnie niezmiennie na drogę poszukiwań, mających na celu odpowiedź na pytanie, skąd też ludzkości przychodzą do głowy pomysły, które stają się potem obiektem mej niechęci, zaczęłam zgłębiać tajniki tych diabelskich metod, rozdmuchując siłą wiedzy, spowijające kuchnię molekularną mroki, cienie i inne opary. W ostatecznym rozrachunku przekonałam się do ciekłego azotu, trochę mniej do suchego lodu, doceniłam buraczane żelki utrzymujące swą galaretowatą postać nawet w letnie upały i zauważyłam, że strzelający w zębach kawior z cytryny może być ciekawym dodatkiem do carpaccio z przegrzebków. 

Zaopatrzona w wiedzę teoretyczną z radością przyjęłam zaproszenie na warsztaty kuchni molekularnej, zorganizowane dla krakowskiej blogosfery w Moo Moo Steak&Burger Club, tym chętniej, że nigdy wcześniej nie miałam okazji wykorzystać swej z mozołem pozyskanej wiedzy w praktyce.

Najpierw prowadzący Krzysztof Polok zaczarował nas dymiącym prosecco, które zyskało znacząco na ekstrawaganckiej prezentacji, efektownie bulgocząc i subtelnie uwalniając smugi pary, ponętnie otaczające wystającą z kieliszka słomkę. Pozostając w temacie spirytualiów, zmrożona przy pomocy ciekłego azotu żubrówka z sokiem jabłkowym oraz bloody mary też prezentowały się nieziemsko, a intensywny smak zmrożonego lubczyku z drugiego "shota" czułam w ustach jeszcze długo po degustacji. Przypomniałam sobie wówczas zmrożone listki ziół, które razem z M ucieraliśmy na pył w oszronionym moździerzu podczas wizyty w Restaurant Gordon Ramsay. Było to jedno z najciekawszych doznań smakowych, z jakim miałam wtedy do czynienia i pomyśleć, że było mi ono dane także dzięki ciekłemu azotowi...


W trakcie spotkania, ciekły azot wykorzystaliśmy jeszcze kilkakrotnie. Jednym z ciekawszych momentów była produkcja mini pianek, które dzięki, krótkiej, mroźnej kąpieli nabrały bajecznej struktury. Mocno chrupiące z zewnątrz, cudnie kremowe w środku sprawiły, że sama zaczęłam rozważać nabycie butli z tą magiczną substancją. Uwielbiam, kiedy danie zaskakuje nie tylko połączeniem smaków ale też struktur i temperatur. Kiedy sięgając po kęs spodziewasz się czegoś zupełnie innego, niż to, co faktycznie jest Ci dane poczuć.


Straciwszy głowę dla ciekłego azotu z mniejszym zapałem przyglądałam się produkcji pietruszkowego kawioru. Ten choć kolor miał nęcący, w smaku wydawał się nieco skażony żelazistym posmakiem roztworów dzięki, którym pietruszkowy sok dał zamknąć się w postaci  błyszczących, zielonych kuleczek. Nie do końca przekonałam się też do galaretki z buraka, gdyż w całej swej pięknej formie, gdzieś zagubił się mój ukochany buraczany smak.

Koniec końców, zafascynowana ciekłym azotem, w pół minuty ukręciłam lody śmietankowe, w wolnej chwili notując w pamięci kolejność mieszania płynów podczas produkcji złocistego piasku z oleju z pestek dyni i przyglądając się bacznie zamrażaniem miąższu z pomarańczy. Koniec końców nie zrobiłam zbyt wielu zdjęć, a już na pewno nie takich, jakimi chciałabym się pochwalić...

Odbyta lekcja była dla mnie nad wyraz pouczająca ale też i smaczna. Na samo wspomnienie czuję lubczyk w ustach, a przed oczyma mam rozpływający się na kremowych lodach piasek z oliwy z pestek dyni.

P.S. Do Moo Moo muszę jeszcze kiedyś wpaść na stek lub/i burgera. Po pierwsze dla tego, że karta menu wygląda zachęcająco, szczególnie, gdy skupić się na wołowinie. Po drugie dla tego, że poczęstowano nas niezłym czerwonym portugalczykiem, do którego coś czuję, soczysty burger pasowałby wyśmienicie...

19 stycznia 2015

Gryczanka z owocami leśnymi

Nie robię noworocznych postanowień. Jednak M zapisując cele na bieżący rok w smartfonowym notatniku zmusił mnie poniekąd do poczynienia stosownych zapisków w swoim własnym, papierowym kajecie. Niniejszym, przyznaję się do dwóch pozycji. Zapisałam więc, że przebiegnę 1 000 km, zrobię kilka rzeczy, o których nie napiszę, żeby nie zapeszać oraz będę regularnie ublikować posty. Z średniej, do której się zobowiązałam wynika, że mam w plecy co najmniej trzy wpisy toteż spieszę czym prędzej nadrabiać zaległości. 


Przepis na nocną gryczankę podawałam już w wersji letniej, malinowej (klik) oraz jesiennej, czekoladowej (klik). Dziś, zgodnie z kolejnością podam przepis na wersję zimową z owocami leśnymi i podkręcającym procesy trawienne błonnikiem. Uwaga! Możecie przygotowywać ją także w innej porze roku :)


GRYCZANKA Z OWOCAMI LEŚNYMI
2 PORCJE

60 g kaszy gryczanej niepalonej
1 łyżka octu
20 g otrębów pszennych
200 g mieszanych owoców leśnych (rozmrożonych lub świeżych)
200 ml mleka owsianego
1 łyżka ekstraktu z wanilii
1-2 łyżki miodu (opcjonalnie)

Kaszę gryczaną zalej wodą z octem i odstaw na noc. Rano dokładnie przepłucz i zmiksuj z pozostałymi składnikami.

Smacznego, zdrowego śniadania!